Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 grudnia 2010

czterdziesty dziewiąty

Każdy fan s-f doskonale kojarzy prezentowaną na okładkach książek z lat 70' i 80 ' malowniczą i rozbuchaną Przyszłość. Obłe kształty samochodów unoszące się nad rozświetloną, piętrzącą się strukturą miasta. Minimalistyczne wnętrza pozbawione mebli, wszechobecna moda jaskrawych uniformów, diody, przyciski, dźwignie w czarodziejskich maszynach. Cyberpunkowy dym snujący się po brudnych ulicach. Lasery i smukłe rakiety triumfalnie przemierzające przestrzeń kosmiczną.

Przyszłość jednak nie jest tym czym była.
Nikt nie podbija kosmosu. Dostaliśmy zupełnie inną przestrzeń do równie nieograniczonej ekspansji - internet. Pełen prawdziwych Obcych.
Jednym z wyznaczników sieci jest jej efemeryczność. Czy współczesna sztuka jest w stanie złapać coś co z natury rzeczy bazuje na nieuchwytności?

Większość zaprezentowanych w CSW prac jest kolażem porzuconej w internecie prywatności. Nic tak na prawdę nie znika. Artyści wyeksponowali przypadkowe zdjęcia znalezione w sieci, wykorzystali świat Second Life do absurdalnego odtworzenia klasycznych bazujących na cielesności performance. Nie zabrakło prac poruszających tematykę ulotności i słabości słowa pisanego - można  było obejrzeć podrobiony egzemplarz New York Times'a. 
Wydaje się, że wystawa ledwie dotyka najważniejszych aktualnych zagadnień związanych z nowymi mediami. Stawia jednak wiele pytań: o nasz stosunek do hegemonii rozrywki, o tożsamość w anonimowych światach, o realność nierealnego, o przesyt informacyjny połączony z kpiącym dystansem do wszystkich i do wszystkiego.

Tydzień temu byliśmy (już tradycyjnie) na Re:wizjach. Mi się nie podobało. Może to tylko efekt coraz większych tłumów, które pojawiają się na imprezie - nie da się nic obejrzeć nie ocierając się o setki innych osób. Szczególnie, że w tym roku tematem przewodnim był performance i taniec. Trudno nacieszyć się jakimkolwiek występem gdy ma się metr sześćdziesiąt wzrostu. Perełką były jednak filmy. Oprócz świetnego wywiadu ze Stefanem Kuryłowiczem obejrzeliśmy klika krótkich metraży prezentujących alternatywne oblicze Warszawy - poznać można miejskiego pucybuta czy orkiestrę z Chmielnej. Rzućcie okiem!

niedziela, 10 października 2010

czterdziesty piąty

Z racji że był czwartek, w kieszeni pusto a i nuda przycisnęła, postanowiliśmy przejść się do Zachęty na darmowe ukulturalnianie. Obejrzeliśmy dwie skrajnie odmienne wystawy - młodego polskiego malarza Jakuba Juliana Ziółkowskiego i zaangażowanej francuskiej feministycznej artystki. Ponieważ w brzuchu ugrzęzła mi porcja tanich obiadowych frytek nie mogłam osiągnąć wysokopoziomowej kontemplacji. Więc bardzo pobieżnie:

Aktualnie fasadę budynku Zachęty zdobi reprodukcja jednej z prac Ziółkowskiego. Ekspresyjny portret przyciąga uwagę witkacowską kreską i intensywną kolorystyką. W kompozycje wplecione są  dwa elementy, które wydają się być stałym przedmiotem artystycznej fiksacji autora. Pet i cyc, w różnym stopniu zagęszczenia i wykrzywienia, pojawiają się na większości prezentowanych w Zachęcie obrazów. Innym ulubionym motywem Ziółkowskiego wydają się być trupki (szkielety) i rozbuchana roślinność lub układ krwionośny. Z jego obrazów wylewa się cielesność, są z jednej strony mocno surrealistycznej z drugiej nagromadzenie szczegółów przywołuje na myśl tryptyki Boscha. Dużo niezdrowej, turpistycznej imaginacji. Gość jest prawdziwym malarskim stachanowcem, wypuszcza obrazy seryjnie po kilkanaście rocznie. To co mieliśmy okazję zobaczyć to tylko przedsmak. Trzy sale - zdążyłam ledwie wniknąć w proponowaną atmosferę, a już trzeba było ją zmienić.

Na piętrze Annette Messager ze swoją dziwna, zanurzoną w półmroku wystawą, prezentuje poprawiane markerem zdjęcia fragmentów ciał (świetny motyw z przeróbką twarzy młodych kobiet, pokrycie ich delikatnymi liniami zmarszczek) i kilka instalacji wykorzystujących głównie potencjał materiału. Całość jednak wydawała mi się mocno odległa, miękka emocjonalnie, jakby była w pełni dostępna tylko samej artystce. Wystawa zupełnie nieinwazyjna w stosunku do odbiorcy, bardzo lekka ale momentami  także intrygująca. Szczególnie warto polecić ostatnią, magiczną pracę wykorzystującą nadmuch i jedwabną, półprzezroczystą płachtę.

poniedziałek, 4 października 2010

czterdziesty czwarty

Weekendowa dawka bezkontekstowych bodźców: go, gra miejska, csw, kino. Miotanie się, nieskoordynowane zapełnianie czasu. Brak wątku głównego. Byle dalej, byle nie siedzieć w miejscu. Taka też notka.

Moje Winnipeg: film nietypowej narracji. Jest niczym opowieść usłyszana w podrzędnym barze z ust elokwentnego pijaka. Rwana fabuła, rytmika powtórzeń, przerysowane osobiste treści. Dla mnie tytuł o tyle interesujący, że opowiada o kształtowaniu tożsamości poprzez pryzmat miasta, o tym jak miejsce w którym dorastamy staje się punktem odniesienia na resztę naszego życia. Dla Guy'a Maddina jest to rodzaj przekleństwa z którym radzi sobie poprzez filmową autopsychoanalize. W formie czarnobiałego dokumentu, opowiadając o emocjonalnie przesiąkniętych miejscach i zdarzeniach negocjuje wspólną historie przestrzeni i uwikłanej w nią jednostki. Film jest zarazem nieco absurdalny jak i konsekwentnie nużący, jest zapewne taki jak samo Winnipeg.

Gra miejska na Ursynowie. Ogólne wrażenia pozytywne chociaż do niektórych rozwiązań technicznych mam spore zastrzeżenia. Po pierwsze zaplanowano zbyt duże odległości między zadaniami. Przez kilka godzin błąkaliśmy się na obszarze rozciągającym się szeroko wokół czterech stacji metra. Nie pomogła możliwość korzystania ze środków komunikacji miejskiej. Czekanie 15 minut na autobus było czasowym samobójem. Presja czasowa była jednak bardzo motywująca i stała się emocjonalną osią rozgrywki. Ciekawym pomysłem było wprowadzenie do gry tzw. agentów - w wyznaczonym czasie można było otrzymać od nich niecodzienne (robot ze śmieci, obsłużenie decków) ale wysoko punktowane zadanie. Punkty zbieraliśmy także szukając "guźców" i odpowiadając na pytania dotyczące historii Ursynowa. Niektóre z nich były trochę zbyt trudne, wymagały rzetelnej wiedzy. W ich rozwiązaniu nie pomogli nawet wypytywani dzielnicowi tubylcy. Podczas zabawy odwiedziliśmy niesamowite miejsca. Osobiście największe wrażenie wywarła na mnie Górka Cwila i Świątynia Opatrzności. Miłym akcentem było zakończenie gry w, znanym z mediów, nielegalnym parku gdzie mieliśmy okazje posadzić, otrzymane po wykonaniu jednego z questów, cebulki krokusa. 
Foto by Maciek S.
CSW. Zależało mi na wystawie dotyczącej zjawiska widzenia (od iluzji po teorie). Trochę się jednak zawiodłam bo ekspozycja jest co najmniej średnia. Oprócz ciekawego działu o aleatoryźmie obrazu (oczywiście mocny abstrakt) i jednej miłej wyprofilowanej szybki nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi. Fakt, że nie zobaczyliśmy wszystkiego - zostaliśmy przepędzeni z wystawy ponieważ zbliżał się czas zamknięcia galerii ( takie są konsekwencje oglądania wszystkiego dokładnie...) Mnóstwo czasu straciliśmy na części Rzeczy budzą Uczucia. Zebrano na niej dzieła z kolekcji CSW, większość widzieliśmy wcześniej przy różnych okazjach. Pojawiły się jednak nieznane perełki - cudowne słuchowisko o człowieku poruszającym się po liniach kwadratu i wspaniała instalacja z mięciutkiej włóczki (nazwiska jak zwykle wyleciały mi z głowy). Dużo frajdy sprawiło mi także oglądanie nagich, maszerujących ze śpiewem na ustach żołnierzy.

środa, 7 lipca 2010

trzydziesty czwarty

Siedzę w Olsztynie. Wydarzenia kulturalne są, notki piszę ale dostęp do internetu mam strasznie ograniczony. 

Obejrzałam przełomową wystawę w BWA pod nieco wyzywającym tytułem Będzie lepiej, coraz lepiej. Nadchodzi intensywne wdrażanie Olsztyniaków do sztuki współczesnej. Nowa pani dyrektor zamiast lokalnego sentymentu promuje znane nazwiska polskich twórców (Althamer). Przestrzeń galerii nie jest zbyt duża, ale dobrze że wprowadzono nowe rozwiązania jej zagospodarowania. Wystawę promują lekkie nowoczesne plakaty. 

Mimo pozytywistycznego entuzjazmu mam odczucie pewnego oporu. Może to kwestia zbucowiałej warszawskiej perspektywy ale z niechęcią myślę, że BWA stanie się pustą kopią Zachęty. Jaki jest pomysł na tą galerię? Pierwsza wystawa wypada dość chaotycznie. Mam nadzieję, że prezentowanie znanych młodych twórców z regionu z ogólnopolskimi sławami, nie jest wynikiem nieporadnych  poszukiwań jakichkolwiek współczesnych dzieł do wystawienia. Możliwe że jest to pomysł na bezbolesne odnowienie wizerunku galerii. Zaufanie odbiorców zdobywa się jednak powoli.

Chciałabym aby BWA szukało rozwiązań w przestrzeni miejskiej, żeby działało animacyjnie. Kwestią rozstrzygającą jak zwykle w takich przypadkach będą pieniądze. Znalazły się na konkurs rzeźby z okazji rocznicy bitwy Grunwaldzkiej (choć sam twór do wybitnych niestety nie należy), pytanie czy znajdą się na mniejsze ale konsekwentnie realizowane projekty pozwalające olsztyniakom nie tylko sztukę odbierać ale także na bycie jej współtwórcami. Trzymam kciuki aby było lepiej. Z charakterem najlepiej.

niedziela, 16 maja 2010

trzydziesty

Kompresja kultury. Dane jest mi patrzeć na to co uznano za najcenniejsze dzieła epoki. Wycinki rzeczywistości, które są skamieliną przyśpieszonej ewolucji sztuki. Tym razem XIX wiek, powoli sens zaczyna się rozpadać pozostawiając impresję plam, faktur i kolorów. Walczy realistyczna forma z uzbrojoną emocjami wyobraźnią. Czas zmian. I choć przeskok wcale nie jest większy niż między stylem średniowiecza i oświecenia odczuwa się go intensywniej, nowa ekspresja jest współczesnemu odbiorcy intuicyjnie bliższa.

Chodzi o eksperyment – poszukiwanie nowych sposobów artystycznej ekspresji. Aksjomaty przestają obowiązywać. Oglądając wywieszone w Muzeum Narodowym obrazy widać jak sukcesywnie pojawiają się nowe formy wyrazu. Farba olejna traci swoją uprzywilejowaną pozycję (Witkiewicz), wkrada się nieoczekiwana perspektywa (Mehoffer Dziwny Ogród), światło staje się głównym elementem tworzącym nastrój kompozycji, plamy i linie stwarzają efekt hipnotyzującej dynamiki (Brandt Odbicie Jasyru). Daleko jednak tym obrazom do abstrakcji, wiele z nich ma charakter reportażowy. Tematem jest uchwycona w swej niepowtarzalności codzienność (Gra w krykieta, Kopanie buraków, Dzieci w ogrodzie), zadziwiający nowoczesny twór - miasto (Opera paryska nocą, Luwr w nocy), objawiająca się w różnych porach dnia przyroda (W drodze do Morskiego Oka, Kiedy ranne wstają zorze). 

Łatwo dostrzec siłę oddziaływania romantyzmu, szczególnie w jego wydaniu polskim – bardziej realistyczne płótna opierają się na motywach ludowych (Chełmoński) i historycznych (Matejko). Ciągle istotna jest alegoryczność przekazu (Żmurko Przeszłość Grzesznika) oraz jego jakość odtwórcza. Przeważają duże, naturalistyczne kompozycje. Niektóre przywołują na myśl najgorsze schematy związane ze sztuką. Łoś Fałata natrętnie narzuca się jako wcielenie jelenia na rykowisku.

XIX wiek to epoka przemieszania indywidualizmu i schematyzmu (naliczyłam chyba z pięć przedstawień polowań!). Część artystów powoli wchodzi w inspirowany zachodem nurt awangardowy, cześć ciągle pozostaje wierna malarstwu realistycznemu. Jest to też czas, w którym zmienia się rozumienie sztuki – czy wobec nowego wynalazku jakim jest fotografia malarstwo odtwórcze ma jeszcze sens? Szkoda, że zbiory muzeum ograniczają się do dzieł polskich twórców. To co najciekawsze działo się wtedy w Paryżu.

poniedziałek, 10 maja 2010

dwudziesty ósmy

Kulturalna impresja z wyjazdu do Częstochowy.

Cudem udało nam się dostać na koncert finałowy festiwalu muzyki sakralnej Gaudamater. Siedem Bram Jerozolimi Pendereckiego estetycznie wgniotło mnie w posadzkę częstochowskiej Archikatedry. Oratorium pomyślane jest z niesamowitym przepychem - jest to muzyczne show 250 osobowego chóru, orkiestry okalającej widownie, o kilku zaskakujących rozwiązaniach formalnych. Sam utwór jest dość prosty ale działa na wyobraźnie, blisko mu do obrazowej fabularyzowanej muzyki filmowej. Kolejne bramy świętego miasta otwierają się prezentując słuchaczowi coraz to inny jego aspekt. Piach wdziera się do nozdrzy, widzi się dokładnie twarze obszarpanych, łachmaniarskich mieszkańców miasta, czuje się na własnej skórze atak na jego bramy i cierpienie opłakujących poległych w walce. Śpiew empatycznie wciąga w opowiadaną muzyką historie. Wszystko to, jest jednak tylko przygotowaniem do finałowej, najbardziej podniosłej, części. Jerozolima to miasto objawienia. W utwór wkomponowano fragmenty czytania Starego Testamentu. Gromki głos nawołuje Pana, roztacza wizje która z dreszczem wspina się po rdzeniu kręgowym. Trąby wzywają na sąd ostateczny, włącza się harmonicznie chór - dopiero teraz rozwija skrzydła, pokazuje moc wielu, wpadających w świetlaną harmoniczność, gardeł. Porusza. I nie liczcie, że da się tego doświadczyć z jakiegokolwiek nagrania.

Drugie doświadczenie warte zapamiętania to wizyta w muzeum Beksińskiego. Jego prace mają potężną siłę oddziaływania, dodatkowo gdy ogląda się je na żywo, w dużym formacie, ma się wrażenie niepokojącego wciągnięcia w kreowany przez niego oniryczny, konsekwentny w wizji świat - krainę statyki, rozkładu, pustych przestrzeni i szaleńczych wynaturzeń. Mimo całego ogromu przerażenia, które Beksiński może nieść w pierwszym kontakcie ,jest to też świat niezgłębionego spokoju i równowagi. Kolorystycznie miękko, wszystko zanurzone jest w delikatnej mgle. Oswajanie śmierci jest monumentalne, ma w sobie element uwodzicielskiego piękna. Na krzyżu gniją przecież tylko ciała. Duch jest pod powierzchnią farby.

niedziela, 28 marca 2010

dwudziesty trzeci

Zakochałam się w meblach z drewna. Oferują nieskończoną możliwość wnikania w fakturę, błądzenia okiem po liniach świadczących o małych historiach rozgrywających się w życiu drzewa. Forma jest tylko elementem , ważny jest także dobór rodzaju drewna (oferują inną specyfikę kolorystyczno-strukturalną) - mimo tych samych kształtów każdy mebel ma swój charakter, inną grubość słojów i sęków. Nowoczesne materiały żyją tylko światłem. Gdy raz  mentalnie złapiesz obiekt nic więcej z niego nie wyciśniesz.

Filtr i selekcja rzeczywistości. Inaczej nie mogę sobie poradzić pod naporem znaczeń i interpretacji. Wszystko woła o rozumienie, nie mogę przestać rozgrzebywać sensów. To dobrze, póki jest plastyka i ruch w tym co myślę, rozwojowo puchnę. A może nie?

Tarczą obronną jest krytyka. Byłam na wystawie w Zachęcie. Wszystkie sale zapełnili dziełami poruszającymi problematykę płci na tle przemian ustrojowych wschodniej europy (heh). Wycieczkę  powinno się zacząć od komunistycznych  przedstawień kobiety. Zmyliliśmy trop i w pierwszej kolejności wpadliśmy w rozbuchaną (trans)seksualnością współczesność. Przylepione penisy,  morfowanie ciała, homoseksualne modele rodziny, prostytucja. Wszystko już ograne. Zwróciły moją uwagę dwie prace. Po pierwsze obszerna dokumentacja paroletniego (!!) działania "Szukam męża z europejskim paszportem". To ekshibicjonistyczna historia artystki , która pokazuje małżeństwo jako narzędzie, sposób na zwiększenie komfortu życia ale także obiekt działania artystycznego.  Po drugie pomysłowe wideo, na którym grupa buisnes woman - formalnie ubrane, stojące w korytarzu jakiejś śmiertelnie poważnej korporacji - śpiewa karaoke piosenki Abby: "Money, money, money/ Must be funny/ In the reach man's world". Bardzo perwersyjne zestawienie, nawet mi się trochę smutno zrobiło. Byle tylko nie trafić do świata garsonek.
 
Nie obejrzeliśmy całej wystawy, nagromadzenie dzieł (w tym sporo marnych obrazów i wideo zwierzeń) było przytłaczające. Co parę  metrów natrafialiśmy na tekściki mające wprowadzić odbiorce w kontekst danej części wystawy. W głowie włączył mi się czerwony alert - interpretacja była narzucona, obrazy wyselekcjonowane tak aby pokazać zjawisko zmiany postrzegania płci w konkretnym świetle. Podręcznikowo. Duszno. Mało miejsca dla odbiorcy. Płeć? Sprawdzam. Kolejna gratka dla mediów i feministek. Przeideologizowane jak dla mnie.


PS: Odkryłam po co są komentarze. To doskonały sposób na dialog z samą sobą z przeszłości. Możliwość uchwycenia zmiany sposobu myślenia.

PSS: Filmowcy znów zabrali się za Witkacego (Mistyfikacja). Zapowiada się źle, ale i tak obejrzę.
http://www.filmweb.pl/f487835/Mistyfikacja,2010

poniedziałek, 22 marca 2010

dwudziesty pierwszy

Zrobiłam skok na drugą stronę rzeczywistości. To co pisałam parę dni temu jest już nie aktualne.

Od czwartku nie miałam czasu aby usiąść do komputera i skrobnąć porządną notkę. Działo się dużo. Uspołeczniałam się silnie, chyba najsilniej od początku studiów. Rozegrałam dwie partyjki w go,  cieleśnie otumaniona najznakomitszą kawą jaką miałam okazję spróbować, jedną z nich totalnie wtopiłam. Drugiej nie dokończyliśmy (ponad dwie godziny i ledwie pół planszy rozegrane!), poziom komplikacji i zależności był wysoce satysfakcjonujący, zamykali jednak kawiarnie, w której graliśmy.

Już nie pamiętnikuję.

Się poszalało także w obiektywnym świecie kultury.

Obkupiłam się doświadczeniami w supermarkecie sztuki. Cieszę się ,że takie miejsca istnieją - to nowoczesne place zabaw. Nie oszukujmy się, małe galeryjki śmierdzą bucowatością (jeszcze bardziej). I do nich i do drogich klubów nie chodzę. Wiem, że czułabym się nie na miejscu. CSW jest spreparowane ale swojskie.

Aktualnie można tam obejrzeć prawdziwe cuda - monografię prac Stanisława Dróżdża (już wskoczył do mojego top 10 artystów współczesnych, pomijając fakt, że oprócz niego nie ma na tej liście żadnego innego nazwiska). Zaproponował mi poezję konkretną czyli bezpośredni kontakt ze słowem (nie byle jakim - ukochał bowiem głównie przyimki). Dróżdż fizycznie otacza znaczeniem,  wyobcowuje formy liter i cyfr, wykorzystuje moc gestalt, gra w niemożliwości. Ponieważ o niewyrażalnym tu mowa, może lepiej żebyście sami popatrzyli:

Cube szalony. Pomiędzy pomiędzy:



Wystawa zatytułowana jest "OD DO", można przejrzeć książeczkę z różnymi kombinacjami tych miłych wizualnie literek. Odkąd dokąd podąża twój wzrok?
 
  
Małe żarciki o formie i treści. Cudowne były cyferki konstruowane z cyferek na tle innych cyferek. Pojawiły się też lingwistyczne rozważania egzystencjalne. Odczucie czasu. Oczywiście w różnych wariantach i z różnym zbliżeniem.


W podobnym klimacie, może nieco mniej spektakularnie, prezentuje się wystawa Hanny Łuczak. U niej urzekły mnie zależności między obiektami, konstrukty linii sił i powiązań. Intelektualno-estetycznego kopa daje praca Struny. Tworzy ją  szereg różnorodnych modeli stworzonych z połączonych malutkich kawałków lustra. Struktury błyskawicznie zajmują skłonny do poszukiwania prawidłowości umysł. Znów bawimy się rzeczywistością u skraju rozpadu, odbitą, rozczłonkowaną. Kierowana liniami uwaga odbiorcy trzyma elementy w prowizorycznej całości. (wiem gadam zawile jak ci od tych broszur).

PS: Dla sceny moczenia baronowej LOKIS. RĘKOPIS PROFESORA WITTEMBACHA

Krzywa etno jazda podbita cytatami z Mickiewicza. Logicznej spójności w tym filmie nie znajdziecie, ale poziom absurdalnej psychozy sprawia, że zasługuje na należytą uwagę. Klimat. Liczy się klimat nie?

wtorek, 2 marca 2010

szesnasty

Muzeum Narodowe przytłacza swoimi przestrzeniami. Gdy się w nim znajduję mam wrażenie błąkania się w labiryntach ponadczasowego pałacu. Sale rozwarstwiają się, przechodzą płynnie w kolejne równie obszerne pomieszczenia tak aby zwiedzający miał wrażenie, że zebrano tu całe hektary sztuki. Orientacja na konkretny wiek była więc zbawienna. Cały czas dokuczała mi jednak gęstość prezentacji dzieł. Moja percepcja jest skrajnie postmodernistyczna – skokowa i chwilowa. Gdy w polu widzenia znajduje się parę obrazów mimowolnie, zanim zdążę się zastanowić nad interpretacją, rozszyfrowaniem alegorii lub doskonałością formy frunę już do kolejnego bodźca. 
 
W natłoku dzieł wyróżniały się wszelkie odstępstwa od ugrzecznionych treści. Pieczołowicie oddane wnętrze rzeźni, deformacje postaci, groteska (przypalanie jakiegoś człowieka ogniem, ekstaza jedzącego soczewicę) czy fantastyczne pejzaż architektoniczne wywoływały na mojej twarzy porozumiewawczy uśmiech. Szukałam potwierdzenia, że dawna sztuka to nie tylko pompatycznie rozbuchane sztywniactwo. Nietypowe dzieła dały się objąć błyskawicznie – koncept był wyraźny, jakby nieco zbyt współczesny i nie wymagał wnikliwej znajomości mitologii aby docenić ich urok. W drugiej kolejności przyciągały moją uwagę rozwiązania malarskie, pewien estetyczny urok, spektakularność lub innowacyjność form. Wyparcie się Św. Pawła było esencją zabawy ze światłem – trzy plany, trzy inne źródła światła. Przekonywujące i plastyczne niuanse wzbudziły mój podziw dla techniki artysty. Ciepłem, miękkością i bajkowością kreski urzekli mnie Holendrzy. Dużo w tych obrazach było serca. Cieszyłam się bardzo gdy na obrazach z innych części europy dostrzegłam ukłony w stronę mistrzów epoki. Były więc ciemne obrazy czerpiące z Caravaggia i miękkie dynamiczne kompozycje stylizowane na Rubensa. Symbolika była jednak często zbyt ciężka i szybko porzucałam głębszą analizę treści.

To trochę jak z filmem – jestem szkolona w odczytywaniu sensów, analizie powiązań obrazów. Smakuje sobie z lubością ciężkie metafory których rozszyfrowanie wymaga specyficznego nastawienia do oglądanego filmu. Czerpię przyjemność z czegoś co dla innych jest monotonnym zagmatwaniem – wystarczy potraktować dzieło jak zagadkę. Tą postawę mogę przenieść na malarstwo. Dotkliwie odczuwam jednak jak małe doświadczenie mam w wyłapywaniu zawartych w nich konstruktów sensów. Oczywistości nie są zadowalające na dłuższą metę. Ogromny obraz "Stworzenie świata" jest świetny pod względem przedstawienia genezis ale nie kryje żadnej tajemnicy. To samo wrażenie miałam oglądając „Szeroką i wąską drogę życia” czy „Niedopasowaną parę”- małe połechtanie ego gdy wszystko jawi się jako znana alegoria. Uświadomiłam sobie, że sprawa sięga daleko głębiej i ciekawiej gdy przypadkiem podsłuchałam muzealnego przewodnika. Opowiadał o martwej naturze na którą parę minut temu zdążyłam z dużą dozą obojętności rzucić okiem. Przewodnik omawiał znaczenie występujących na obrazie kwiatów, symbolikę napełnionych do połowy naczyń. To prosty komunikat. Jak mogłam nie zauważyć? Zapomniałam o patrzeniu wielowarstwowym. Nie doceniłam subtelności przekazu. To jest jednak trudne. Wymaga zupełnie innego nastawienia, chęci i czasu. Trzeba by zacząć patrzeć tak jak nowożytni kupcy - delektować się jak najdłużej jednym dziełem.

Zaskoczyła mnie jeszcze jedna rzecz. Przedstawienia cierpiącego Jezusa zmieniły się w szokujący sposób od średniowiecza. Chrystus nabrał ciała (czasem był wręcz pulchny!) a jego przedstawianie stało się bliższe. Perspektywa obrazów pomyślana była tak aby odbiorca znalazł się blisko wydarzeń, miał poczucie bycia jednym z uczestników. Podniosłość chwili została uzyskana zupełnie nowymi środkami, dynamicznie i zupełnie swobodnie.

poniedziałek, 1 marca 2010

piętnasty

W krótkim odstępie czasu odwiedziłam dwie skrajnie różne wystawy - Modernologie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej i galerie obrazów XVII wiecznych w Muzeum Narodowym. Inna była motywacja, pierwszą z nich obejrzałam z własnej woli (bo jak koniec miesiąca i się zachce obcowania z kulturą trzeba szukać miejsc gdzie wpuszczają za darmo...) i muszę przyznać, że była nudniejsza niż martwe natury na które wybrałam się z akademickiego przymusu. 

Ulotka dla zwiedzających informuje: "Wystawa Modernologie stawia sobie za cel zbadanie artystycznych reakcji na nowoczesność od jej pierwotnych założeń jako ruchu społeczno-politycznego, usiłującego stworzyć uniwersalny język." Jest to więc wystawa ciężko ideologiczna, napchana ze wszystkich stron tekstem (dla nieszczęścia odbiorcy w dużej mierze w języku niemieckim). Nie wykluczam, że dla znawców to prawdziwa gratka. Dla mnie  była jednak mentalnie przygniatająca. Żeby było trudniej wniknąć w przedstawianą subtelną relację sztuki bliskich ale różnych  światopoglądowo epok, trzy główne wątki wystawy (produkcja przestrzeni, koncepcja języka uniwersalnego, polityka przedstawiana) "przenikały się wzajemnie tworząc niezliczone dialogi pomiędzy pokazywanymi pracami". Oglądałam prace zupełnie zdezorientowana, pozostawiona bez  jakichkolwiek interpretacyjnych wskazówek. W takich sytuacjach pomocą powinna służyć ulotka. Niestety zazwyczaj napisane są one skomplikowanym językiem pełnym metafor i specjalistycznych pojęć. Tak też było i tym razem. Czasami myślę, że konstruowane są tak specjalnie. Efektywnie odstraszają wszystkich "profanów".

Podobały mi się czyste formy, chyba tylko one były do ogarnięcia w tej niezrozumiałej wystawie. Dodam tylko, że Muzeum Sztuki Nowoczesnej ma jeden stały atut - mieści się w niesamowitej przestrzeni. Jeszcze parę lat temu znajdował się tam pamiętający czasy komunizmu sklep meblowy. Pomieszczenia nie wyremontowano. Podłoga z szaro-czarnych-kropeczek, masywne schody z drewnianymi poręczami, kolumny i kraty w dziwnych, niepraktycznych miejscach. Nawet jeśli wystawy organizują marne, warto się tam wybrać aby doświadczyć klimatu miejsca.