Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 grudnia 2010

czterdziesty ósmy


Lubię dążyć do celu, a nie go osiągać. Nawiedza mnie wtedy przedziwna pustka dotkliwie przypominająca o skończoności istnienia. Niesamowite jest jednak to, że wraz z pewnym końcem pojawia się wielość możliwości, w których znów mogę się sprawdzić, w których mogę zupełnie inną siebie odszukać. 
Sama nie mogę dostrzec jak doświadczenia mnie przekształcają. Jestem w nich, one są we mnie. Filozoficzna nuta została na trwałe wpisana w osobistą symfonię. Najważniejsze żeby wybrzmiewała jak najdłużej i jak najpełniej.
Będę jej wciąż szukać i pielęgnować aby po tych trzech latach zostało coś więcej niż garść wspomnień, dyplom i słowa:
Dziękuję za wsparcie i motywację! 

wtorek, 27 lipca 2010

trzydziesty ósmy

Wśród całej muzycznej różnorodności którą obmywam sobie głowę, The Beatles zajmują szczególnie ważne miejsce. Ich kawałki to zawsze zastrzyk sprawdzonej optymistycznej energii pobudzającej do tanecznego ruchu nogi i ducha. Lekkość i żywiołowość lub urzekająca psychodela.

Ucieszyłam się więc widząc tegoroczne plakaty zapraszające na Dni Jakubowe. Nie będzie parady przebierańców a miły dla ucha klimat lat 60'. Fajnie mi się to jawiło oczami wyobraźni. W rzeczywistości wyszło sporo niespójności. The Beatles Revival zagrali dobrze, duży plus za stylizacje ale mimo wszystko byłam zawiedziona. Brakowało mi tej charakterystycznej energii, tej nutki zaczepności w wokalu. Myśli rozważając warstwy udawania, niebezpiecznie skręciły w stronę Baudrillarda. Na reszcie koncertów nie byłam, chociaż ze zdziwieniem odkryłam że ktoś wcisnął wśród radosnego rock&rolla kolejne koncerty chopinowskie. Litości!

Niedzielny ranek na starówce całkowicie pogrążył moje nadzieje o nacieszeniu się  stylem epoki - żadnej wyprzedaży staroci sprzed 40 lat. Znów te same oscypki ,chlebek kurpiowski i kolorowy śmieć z chin. Jarmark rzeczywiście oddaje lokalny charakter imprezy. Nie jest nawet specjalnie spektakularny. Ot kilka straganów. Jeśli Dni Jakubowe mają być wizytówką miasta to zdecydowanie zbyt mało. W takiej formie jarmark powinien funkcjonować przez całe wakacje. Dzięki temu starówka nieco ożyła by dla turystów a i miasto zarobiło by na ściąganiu drobnego haraczu od wystawców. Byłby fundusz na coś fajnego przez te dwa reprezentacyjne dni.

Znów narzekam. Więc o jednym plusie na koniec:  stare samochody rozstawione na fosie były  bardzo miłą niespodzianką, doskonale pasowały do promowanego na plakatach klimatu. Olsztynie więcej takich oryginalnych pomysłów!

niedziela, 18 lipca 2010

trzydziesty szósty

Grunwald!
Byłam, widziałam... Pył bitwy, mordercze słońce, tłum ludzi oraz pojazdów. Chyba bardziej ekscytująca niż sama inscenizacja była sadystyczna otoczka tej imprezy. Podróż z Olsztyna do Stębarka zajęła nam ponad 4 godziny. PKS co chwila utykał w korku, poruszał się w tempie maszerującego człowieka (co sprawdzaliśmy dość konsekwentnie). Powrót był jeszcze gorszy. Pola grunwaldzkie zamieniły się w wielką parkingową pułapkę. Sporo kilometrów przeszliśmy piechotą, przeszlibyśmy dużo więcej gdyby nie litość kolegi który nas wyratował z tej historycznej pielgrzymki. Autobus którym mieliśmy wracać, w godzinie odjazdu nawet nie dotarł z Olsztyna do Stębarka. 

Sama bitwa warta zobaczenia, z moim wzrostem miałam problem z dostrzeżeniem czegokolwiek. Czując jednak, że te godziny w autokarze pójdą na marne przepchałam się w rozsądne miejsce. Miałam widok na prawie 200 tysięcy głów, kawałek pola i telebim. Fajerwerków nie było ale kilka smaczków mnie urzekło: płonące chaty napadanych przez krzyżaków wieśniaków, deszcze strzał i walka na kopie były świetne. Starciu brakowało jednak dynamiki - taktykę i ruchy oddziałów zastąpiono podniosłym głosem narratora. Chłopaki w zbrojach bili się bardzo na pokaz. Z odległości dostrzec można było, że nie zadają prawdziwych ciosów.  Widać wystarczająco zgromił ich lejący się z nieba słoneczny żar. Autentyczny był za to rycerski jarmark. Zbroje, rękodzieło, szaty, ciżemki a nawet gry (młynek).

Mimo wszystko Grunwald zostanie w pamięci. Martylologicznie.

piątek, 9 kwietnia 2010

któryśtam

= RUDĄ ISKRĄ PEŁZNĄ W ZIEMIĘ KRUCHE PRĘGI
   WDZIERA SIĘ RDZA W TWARZ
   BRAK MI TEGO WOLI OSTRZA, ZBROJONEGO SŁOWEM-PYCHĄ

  NIE PRZETWORZĘ
  BRZĘCZĘ CICHO
  WYSYPISKA PRÓŻNY RUCH

  W PORZUCONEJ ZŁEJ TONACJI
  SKŁADAM PRZESZŁOŚĆ W CIĘŻKI ŚMIEĆ =


czwartek, 18 marca 2010

dwudziesty

Kryzys. Znów dziś nie mam nic sensownego do napisania. Od tygodnia nie przyswoiłam żadnej porządnej kulturalnej strawy (nie liczę obejrzenia koszmarnego filmu "Widziadło" i urywku utworu Bohdana Mazurka). Czytam dużo ale bez przeżywania -  mielę książki intelektualnie, selekcjonuję przez pryzmat prac dyplomowych.

Aby się nie pogubić w gąszczu narastających obowiązków i zadań, próbuję ujarzmiać rzeczywistość dokładnymi planami swych działań. Cierpię na kompleks efektywności. Nie odpoczywam bo mam poczucie, że tracę czas. Nie pracuję tak dobrze jak bym chciała (czyli jak? granica ciągle umyka) ponieważ jestem zmęczona. Planuję odpoczynek, zaplanowany jest kolejnym zadaniem.

Już o tym pisałam?

Gdy dzielę się planami z innymi, stają się realniejsze. Siebie przekonam, wytłumaczę się wewnętrznie, oszukam, że wcale nie miałam zamiaru. Gdy mówię komuś, że coś zamierzam, składam silną obietnicę. Wystawiam się na dysonans aby samej się zmotywować. Pokazanie swojej niemocy będzie mnie boleć bardziej niż cały wkład pracy w wykonanie zadeklarowanego zadania. Muszę zrobić więc wszystko, wyzwolić maksimum energii aby jeśli coś się nie powiedzie, była to wina  niezależnego. Co najdziwniejsze bez tego czuję się martwa. Gdy mam czas odpływam w egzystencjalne lęki, tkwię w mentalnej superpozycji. Działanie jest dla mnie sposobem ucieczki od siebie samej. Wieczorami tylko zapadam się w swojej głowie. Karcąc się i obiecując. 

Każdy plan na przyszłość to perspektywa rozczarowania.

Mam problemy z interpunkcją.

Ciągle Ja, Mnie, Swojej,  Się.
Jak to męczy.

poniedziałek, 15 marca 2010

dziewiętnasty

Dziś w nocy koszmar wdarł się w mój sen. To był jeden z tych co drażnią niepokojącym sensem, znaczą fizyczną realnością głęboki metafizyczny lęk. Czy to skumulowana ekspresja utajonego?  Czy to projekcja mózgu, ja tak przejawiam się sobie? Wyparcie. Nie chcę być autorką snu wolę pielęgnować poczucie złej, obcej mocy wdzierającej się w świadomość. Triumf bezradności.

Mieszkanie bez okien. Jestem u kogoś w odwiedzinach, nie czuję się skrępowana, mam poczucie pewnej beztroski mimo panującej nienaturalnej ciszy. To kamienica, poznaje po układzie pomieszczeń i wysokości sufitu. Obecny jest tylko jeden domownik. Nie wiem kim jest, nie widzę go. Na widok miękko wyglądającego materaca umieszczonego na starej szafie, zadaje mu jedno pytanie. Czy jako gość będę spać na tym materacu? Postać odpowiada mi negatywnie - przygotowano dla mnie inne miejsce. Wkrada się we mnie niepokój. 
Okazuje się, że w domu jest ktoś jeszcze. Młoda dziewczyna ubrana na czarno. Jej twarzy także nie widzę mimo, że w nią spoglądam. Stoi bez ruchu w drzwiach kuchni. Nie wymijając jej zaglądam do środka. Pomieszczenie urządzone jest nowocześnie. Design minimal-goth. Moją uwagę przyciąga przezroczysty czajnik z czarnymi wzorami. W podobnym stylu na jednej z szafek widnieje grafika pajęczyny.

Dziewczyna nie otwierając ust zwraca się do mnie. Wlewa się w moją głowę coś niemiernie ważnego. Przeżywam pewną przemianę, ona coś mi uświadamia. Pokazuje mi obraz. Na nim trzy postacie, dwie z nich stoją, na pierwszym planie starzec w fotelu. W dole kompozycji podstawa z  przenikających się dwóch żywiołów - jasnego i ciemnego. Przyglądam się, obraz narkotycznie faluje, zmienia się. Wchłania mnie. Gdy zwracam uwagę na postać starca farba na nim zbiera w coś ohydnego. Postać wynaturza się. Forma, układ linii, dobór farby zyskuje na bluźnierczej rozdzielczości. Kumuluje się w czyste Lovecraftowskie zło. Nie mogę wytrzymać patrzenia na ten kształt. Przenoszę wzrok na jasny symbol żywiołu. To wiatr, a może woda - natychmiast ożywa, raz za razem oblewa cały obraz w akcie przedziwnego oczyszczenia. Ukojenie.

Znajduję się pod ziemią. To chyba stare tunele metra. Mam wewnętrzne poczucie pewnego zadania do wykonania. Czuję, że mogę to zrobić, osiągnę cel gdy wydostanę się na powierzchnię. Ruszam w stronę schodów. Za mną rozlegają się kroki. Ktoś biegnie. Gonią mnie. Wspinam się czym prędzej po stopniach, widzę już światło, wyjście z podziemi gdy silne szarpnięcie ściąga mnie w dół. Szamocząc się , z bliska dostrzegam kto mnie ścigał. To dwie zakonnice o pustych oczodołach. Po ich twarzach płyną krwawe łzy. Trzymają mnie silnie. Jedna z nich wydaje wyrok " Nie nadajesz się do Życia". Krzyczę.

Dziś w nocy po raz pierwszy od wielu lat, z trudem przypominając sobie słowa, odmówiłam modlitwę. Cholernie się bałam.

czwartek, 25 lutego 2010

czternasty

Znów wątpię. Ogarnia mnie poczucie irracjonalności podejmowanych działań. Nie wiem jak usprawiedliwić sama przed sobą pisanie pracy magisterskiej. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jej powstanie nie będzie wynikiem szlachetnej potrzeby poznawczej. Blaga. Blaga. Blaga. Wybrałam temat w ten sam sposób jak inni studenci - jest wypadkową łatwości opracowania i jego ciekawości. Motywacja rozrywkowa. Lubie grać w gry planszowe więc napiszę sto stron auto usprawiedliwienia. Będę mieć w ręku argument żeby nawracać na te hobby innych (no bo udowodniono NAUKOWO pozytywny wpływ grania!!). Głupstwa takie równie silnie mogłabym udowodnić ich szkodliwy wpływ. Relatywizm jest przygniatający. Cała społeczność naukowa przesiąknięta jest tą grą pozorów. Akademicka nowomowa w której idzie się na intelektualną łatwiznę, brodzi się w bezpiecznych bagnach specjalizacji. Co te stosy prac naukowych udowadniają? Chyba tylko to, że mamy współcześnie duży problem z mówieniem o rzeczywistości. Zasłaniamy się ułomną metodą naukową żeby zamaskować bezsilność i nie moc wyrażania przeżywania. Ochraniamy się tarczami interpretacji, wielością równorzędnych teoryjek. Wartościujemy ale nic oficjalnie - naukowcom nie wypada! Idee zakopane są pod gruzami mącących jasność wyrafinowanych pojęć. Teksty muszą sprawiać wrażenie maksymalnie obiektywnych, oderwanych od autora i adresata. Pod tą cienką warstwą humanizm gnije w własnej nie akceptacji. Marność nad marnościami. Mam nadzieję, że już niedługo powstaną programy konstruujące teksty naukowe. To wyrobnictwo jest. Uniwersytety zamieniły się w średniowieczne Cechy. Mamy mistrzów i całe rzesze rzemieślników. Uczymy się strugać teksty tak jak kiedyś czeladnicy drewno. Odstępstwa nie są mile widziane. Myślenie tym bardziej. Dostajesz dyplom czyli potwierdzenie konkretnych umiejętności i wiedzy. Kto teraz studiuje? Zgłębia tematy dla własnej przyjemności? Poszukuje wiedzy? Przebrzmiało. Ja też coś tam sobie piszę, trochę bo chcę trochę bo muszę. Zawsze najpierw wierzę dopiero później udowadniam. Te gry - czemu się za to zabrałam? Dlaczego zależy mi na tym aby wcisnąć (sprzedać, wypromować!) moje hobby innym? Świetne jest poczucie prestiżu. Nie piszę o internecie i reklamie bo to oklepane. Mogę się poczuć oryginalna w swych zainteresowaniach. Może zależy mi też na tym żeby ludzie spróbowali czegoś co wywołuje we mnie pozytywne emocje, żeby poczuli te magiczne napięcie tworzące się między graczami pochylonymi nad planszą? Może chcę wyjaśnić sama sobie co fascynuje mnie w tej formie zabawy? Może nie umiem pisać o czymś co jest poza moim życiem i wybór bliskich mi planszówek był czystko strategiczny? Jakie ma znaczenie co odpowiem na te pytania. Liczy się przecież nie ta emocjonalna wartość którą doświadczam i tak bardzo chciałabym pokazać a redukcja życia do metodologicznej naiwnej zależności. Czy warto to badać gdy już w sercu wszystko jest jasne, wszystko już intuicyjnie wiem? Nie wiem czy do kogokolwiek mój tekst trafi - promotor, recenzenci i koniec. Przeczyta może też ktoś komu będzie potrzebne parę tabelek do udowodnienia kolejnych jałowych tez. Dobudowuję swój kawałek tej absurdalnej wieży babel. Kto chciałby słuchać. Komu tak na prawdę zależy. Cele same w sobie są niepotrzebne nikomu, wszyscyśmy uwikłani w obłędne połączone zadania.

sobota, 13 lutego 2010

ósmy

Jakieś te posty takie szkolne są. Już mi się włącza autokrytyka. Zarzucam sobie, że zbyt mało refleksji, że nieładna stylistyka i sztywniacka forma. Ciągle czuje pewien opór przed nadawaniem informacji do zupełnie bezosobowej sieci. Kto jest odbiorcą? Czy tylko moje zdystansowane ja czy może moje wyobrażenie o anonimowym innym? Uogólnienie czytającego kontra specyfika piszącego. Dyskurs wynika z tego napięcia. 

Myślenie i rozumienie jest dla mnie płynięciem. Gdy czytam jakiś tekst staram się całkowicie wczuć w sytuację autora - odkryć pewną optykę świata, którą ma do przekazania mimo niedoskonałości procesu komunikacji. Zagrzebane pod słowami są osobowości, strumienie skojarzeń których wartość postrzegam, nie poprzez odniesienie do sztywnej prawdy, a do subiektywnego niepowtarzalnego przeżycia. Może to tylko efekt braku umiejętności krytyki?

Błędy i niespójności zdają się tkwić w każdym ludzkim rozumowaniu. Wolę więc traktować koncepcje jako użyteczne nakładki na rzeczywistość. Okulary paradygmaty poprzez które rzeczywistość jawi się nieoczekiwanie wciąż na nowo ale za każdym razem równie niedoskonale. Mapa tak dokładna jak odwzorowywany teren sama była by tym terenem. Czy była by użyteczna?

To jest skrajny relatywizm. To jest bezczelny pragmatyzm. Uwielbiam jednak powiększać mój intelektualny świat o coraz to nowe perspektywy. Bawić się w tym gabinecie luster. Nie obowiązuje mnie zasada sprzeczności. To jak w anegdocie o słoniu. Zwierze siedzi w ciemnym pokoju. Każdy z nas może badać je poprzez zmysł dotyku. Zależnie od tego jaką część ciała dotknął - trąbę, ucho, nogę - tak jawić mu się będzie istota słoniowatości.

Mój naturalny typ myślenia to intuicyjny syntetyk. Analiza to dobra retoryczna gierka, mogę w niej wziąć udział ale rywalizacyjne szukanie niespójności nie daje mi takiej przyjemności jak konstruowanie coraz to nowych nieskończonych całości.
Brakuje tu miejsca na wartości. Martwi mnie to. Diagnoza i opis są łatwiejsze niż ocena.

poniedziałek, 1 lutego 2010

trzeci

Fast Info - kaloryczne, przyjemnie warunkujące i koszmarnie niezdrowe żarcie danych w internecie sprawia, że czuję się jak obrosły tłuszczem i niezdolny do przyswajania lekkiej codzienności grubas. Wciągam ile się da i czego się da - grono, onet, wykop, demotywatory. Czuję, że jestem już nasycona, ale dalej pożeram zbędny tekst łapczywie i bez opamiętania. Dobrobyt konsumpcji informacji blokuje mi możliwość delektowania się smakiem. Nudzę się nad naukowym tekstem - nie wytrzymuję liniowej struktury myśli. Dziś w bibliotece czytałam dwie książki na zmianę. Pomogło. Brakowało mi opcji "wyszukaj najważniejsze hasła". Nastawiam się na przyswojenie a nie na przetworzenie. Próbowałam metody stawiania pytań do każdego przeczytanego akapitu, zabawy w negacje tez i wyszukiwania osobiście ważnych fragmentów. Pomaga ale jest nieefektywne, zrezygnowałam z tych pomysłów.
Przeczytane książki nie zostają w mojej głowie. Wstydzę się tego, że znam je i ich nie znam zarazem. Czasem ze zdziwieniem natrafiam na ich treść gdy trzeba argumentować w interesującej rozmowie. Nadchodzą z nagła jako wynik skojarzenia lub potrzeby działania. To hipertekst umysłu. Żadna tam wiedza. Przerażająca nienaukowa intuicja oraz granie sloganami by wygrać grę w rozmowę. Brakuje mi przekonań i wartości.
Przetacza się przeze mnie hydra kultury.
Dziwie się sama sobie jak wiele przyjemności daje mi otępienie.

Cierpią ze mną: Eriksen (Tyrania chwili) i Postman (Technopol)

niedziela, 24 stycznia 2010

pierwszy

Boję się trochę tego bloga. Po co on jest? Chyba ma być archiwum przeżyć, okruchów tego co warte utrwalenia. Jeśli warte to czemu nie zostaje w pamięci świeże i niezatarte, dlaczego muszę posiłkować się tą protezą? Zapominam pod natłokiem bodźców. Kojarzę tytuły, główne wątki przeczytanych powieści czy filmów. Szczegół zamiera, brakuje mi delektowania się nim, powolnego intelektualnego przetwarzania. Przecież czeka na mnie tyle dóbr kultury, nie ma czasu na myślenie kiedy brakuje czasu nawet na przyswajanie. Nic dziwnego, że przepływa przeze mnie jak woda. Tego właśnie chcę - żeby sztuka mnie oczyściła z codziennego brudu. Przeżywam moment - na chwilę rzucam się w inny świat. Elastyczność wejścia i wyjścia. Za chwilę, może w nieco lepszym humorze, z poczuciem masturbacji istnieniem, wracam w mechaniczny obieg życia.
Czy wytrwam przy tym blogu? Decyzyjnośc taka zagubiona. Niekoniecznie jutro posta będzie pisać ta sama osoba. Jestem zmęczona. Rozłazi się bycie. Będę je próbować zszywać w jakąkolwiek całość. Tożsamość patchwork.